Poranieni (2)

Poprzednią notkę zakończyłem stwierdzeniem, że ten prosty i klarowny obraz mechanizmu zranień muszę nieco zaburzyć uwzględniając fakt, że ludzie są już poranieni.

 

Na pewno jest tak, że zranić może tylko osoba, która jest bliska, z którą nawiązała się jakaś więź; jednak każdy, nawet ten, kto jest zwykłym znajomym, z którym żadna więź nie zaczęła się tworzyć, może rozdrapać rany wcześniej przez kogoś zadane.

 

Ale właściwie co to znaczy rozdrapać rany?

 

Zanim spróbujemy sobie odpowiedzieć na to pytanie, zastanówmy się, co z ranami może się stać?

 

Najlepiej jest rany uleczyć. Rany uleczyć może tylko osoba zraniona (inni mogą jej w tym pomagać, ale uleczyć może tylko ona) – jedyny sposób na to, by uleczyć rany, to przebaczyć temu, kto zranił (przypomnę tylko z wcześniejszej swojej notki, że w tym przebaczeniu decydujące jest oddzielenie czynu od osoby). Dlaczego to takie ważne? Bo jeśli przebaczymy osobie (pozostawiając jedynie osąd czynu), to możemy odbudować obraz świata. Możemy przywrócić w tym obrazie wszystko to, co wniosła ta osoba (generalizacja już się nie uruchamia).

 

Co się jednak dzieje, jeśli nie przebaczymy?

 

Rany się zabliźniają – pojawiają się nowi ludzie, którzy wnoszą do naszego świata jasne promyki światła. Nasz świat, jak na wiosnę, zaczyna zielenieć…

Czy to następuje wyleczenie ran?

Niestety nie – to tylko pojawia się nowa nadzieja. Jednak wystarczy drobiazg, wystarczy zranienie zadane przez osobę obcą, by świat na nowo runął – nadzieja na lepszy obraz świata otrzymana od kogoś innego wali się, bo wydarzenie z pozoru błahe przypomina moment zadawania prawdziwej rany. Obraz świata rozsypuje się na nowo.

 

Co może osoba, która nieco wcześniej wniosła jasne promyki światła?

 

Właściwie nic – te promyki stają się nieważne wobec ogromu ran zadanych wcześniej; może tylko czekać, by mogła przynosić nowe promyki i na nowo rozświetlać mrok. Ta osoba najczęściej nawet nie wie, że rany są i czego one dotyczą.

 

Co może zrobić ta osoba, która rozdrapała rany?

 

Nade wszystko może przepraszać – przecież zawiniła; reakcja osoby skrzywdzonej jest co prawda nieadekwatna do sytuacji (reakcja jest adekwatna do rany, a nie do winy osoby rozdrapującej ranę), ale o ile rana nie jest zbyt rozległa, to z tymi przeprosinami jest szansa się przebić.

Gorzej jeśli to się nie uda, jeśli rany były tak wielkie, że osoba, która rozdrapała rany, zostanie całkowicie skreślona – połączenia komórką odrzucane, SMS-y nieczytane, maile kasowane, jak zwykły spam…

To, czego w takiej sytuacji na pewno nie można zrobić, to obrazić się. Sam niedawno popełniłem taki błąd – obraziłem się na Basię. Nie jest to co prawda dokładnie taka sytuacja, o jakiej tu piszę (to nie ja rozdrapałem rany, lecz ktoś inny), ale skoro zdałem sobie sprawę, że tu chodzi o rozdrapane rany, to nie miałem prawa się obrażać. Osobie poranionej należy starać się pomóc – często jest tak, że tylko ten, kto się zetknął z reakcją na rozdrapane rany, wie o ich istnieniu; bardzo często o tych ranach, szczególnie tych najgłębszych, osoba poraniona z nikim nie rozmawia; nikt, nawet najbliżsi przyjaciele, nie wiedzą o ich istnieniu. Domyślać się ich istnienia może tylko ten, kto je rozdrapał. Skoro rozdrapał i skoro wie, że to zrobił, to powinien myśleć o zadośćuczynieniu. Na czym to zadośćuczynienie powinno polegać? Na uświadomieniu osobie poranionej, że jedyną metodą uleczenia ran, jest przebaczenie temu, kto poranił.

 

Pamiętajcie jednak o jednej rzeczy – angażując się w tę pomoc, nie róbcie tego dla siebie, róbcie to jedynie i wyłącznie dla tej osoby poranionej! Zresztą tych, którzy myślą, że przy tej okazji mogą coś zyskać dla siebie, muszę rozczarować – jeśli ktoś został skreślony, to już nic tego nie zmieni. W kontaktach międzyludzkich nie ma większej sankcji, niż odmowa wszelkich kontaktów; jeśli już ktoś taką decyzję podjął, to mechanizmy samoobronne nie pozwolą mu na zmianę tej decyzji – nikt nie dopuści do siebie myśli, że może kogoś krzywdzić w taki sposób. Owszem może się zdarzyć wycofanie z takiej decyzji, ale tylko w odniesieniu do osoby ważnej w życiu osoby poranionej – ukochanego, przyjaciela (klasyczny przykład przyjaciółka odbija chłopaka, więc zostaje skreślona; jednak gdy ten związek się rozsypuje, bywa, że przyjaźń odżywa); osoba daleka, małoważna nie ma na to szans.

A więc pamiętajcie – angażując się w taką pomoc, nie liczcie na to, że to wam coś da. Uprzedzam, by zamiast satysfakcji, że pomogliście, nie pojawiła się gorycz, że nie dostaliście nic w zamian. Nie dostaniecie! Mało – możecie jeszcze bardziej podpaść! (po pierwsze dlatego, że jeszcze bardziej możecie rozdrapywać rany, a po drugie ze względu na wspominane mechanizmy obronne – interpretacja waszego działania może dostarczać argumentów za słusznością wcześniejszego skreślenia)

 

Jak możecie starać się pomóc?

 

Jeśli rany nie były aż tak rozległe i macie kontakt z osobą pokrzywdzoną, to oczywiście najlepiej tę pomoc nieść wprost tej osobie. Tu jednak pojawia się pewien paradoks – im większe te rany, a więc tym samym im bardziej ta pomoc jest potrzebna, tym mniejsze macie szanse, by ją udzielić – bo tym większe prawdopodobieństwo, ze zostaniecie skreśleni.

Co w takiej sytuacji?

Nade wszystko możecie próbować pomóc poprzez przyjaciół osoby pokrzywdzonej – może ich znacie, może macie do nich jakiś dostęp? To jest najlepsza droga. Osoba, która wnosi w życie osoby poranionej promyki światła, może nawet nie wiedzieć o ranach; sama nie jest w stanie pomóc, bo nawet nie wie, czego ta pomoc powinna dotyczyć; dzięki wam tę wiedzę może zdobyć.

 

Możecie też (tak mi się przynajmniej wydaje, ale dziewczyny – wy wiecie to lepiej) wykorzystać do tego jakieś forum publiczne. Ale pamiętajcie, nie wolno wam pisać wprost o konkretnej ranie; to co napiszecie, musi jedynie budzić w czytelnikach dwa podstawowe pytania:

 

– Czy ja nie noszę w sobie jakiś zranień? Czy przebaczyłem wszystkim, którzy mnie kiedyś skrzywdzili?

oraz

– Czy wokół mnie nie ma osób, które noszą w sobie rany? Czy ja nie mógłbym jakoś ich nakłonić do tego, by przebaczyli tym, którzy ich zranili?

Mocno wierzę w to, że niejedna z was zada sobie te pytania.

 

 

71 odpowiedzi na “Poranieni (2)”

  1. no wszystko pięknie ładnie, a teraz odpowiedz na pytanie po co pomagać innym? po to żeby po Tobie jeździli, gadali że po g**** wpier**** się w ich życie, w najlepszym wypadku po to, żeby czerpać z Ciebie energię, odbierać Ci ją czyli wampirować emocjonalnie na Tobie. Znasz to prawda? a jednak jesteś chętny do pomocy. Po co? po to ażeby uratować choć jednego człeka, który nigdy Ci nie podziękuje? nie warto. Poza tym pamiętajmy, że nikt nie pomaga bezinteresownie. No może poza o. Tomkiem J. ale to jego praca.

    1. A. niesienie pomcy innym musi iść w parze z chęcią przyjęcia jej przez nich. Nie uszczęśliwisz nikogo na siłę, wbrew jego woli. A na co spożytkujesz swoją energię-Twój wybór.A swoja drogą-gdzie ma żródło owa bezcenna energia, o której wspominasz…? I po co ją gromadzisz?

      1. czy po to, aby marnować ją na użeranie się z innymi? nie wiem po coJak dla mnie pomoc innym jest jedną z najtrudniejszych rzeczy. Trzeba wiedzieć, że ktoś tą pomoc faktycznie przyjmie, trzeba wiedzieć jak pomóc no i trzeba nauczyć się pomagać bezinteresownie. A co jeśli ktoś tylko udaje, że tej pomocy nie potrzebuje? a co jeśli udaje bardzo dobrze? a co jeśli nasza pomoc przyniesie więcej złego niż dobrego?

        1. A.Napisałaś o niezwykle ważnej sprawie:”Jak dla mnie pomoc innym jest jedną z najtrudniejszych rzeczy(….)trzeba wiedzieć jak pomóc (…)”JAK POMÓC!Każdy z nas jest inny, ma inne potzreby inne oczekiwania. Innej pomocy wymaga. To co krzywdzi jednego, dla drugiego może okazać się zbawienne. Pomagając, ratując, dając nadzieję – poniekąd bierzesz odpowiedzialność za tę osobę.Ja wLaśnie tego najbardziej sie obawiam.Dlatego jestem bardzo powściągliwa w udzielaniu komukolwiek rad.Krótko mówiąc trzeba mieć odwagę i mądrość, by nieść pomoc.Tak mówi rozum.Co mówi Twoje Serce?

          1. A moje serce Inside powtarza za św. Augustynem:..”kochaj i rób co chcesz”:):):)

    2. „a” – znowu postanowiłaś rozruszać ludzi na blogu?:):):)W swoim komentarzu do poprzedniej notki napisałaś o satysfakcji z tego, że kogoś ranisz. Potem źle się czujesz z tym…i dodałaś :chora jestem.Ja myślę, że każdy z nas jest jakoś chory, ma jakieś wady, które widzi lub nie. I Dlatego rani siebie i bliźnich. Problem nie tkwi w tzw. pierwszym odruchu (o którym pisałaś) ale w tym co potem robimy Świadomie z tym co w wyniku odruchu się w nas pojawiło.Pozdrowienia:)

      1. i właśnie ten pierwszy odruch decyduje o tym, jakimi jesteśmy ludźmi. Jak długo możemy walczyć ze złem które jest w nas? czy ta walka nie jest udawaniem? czy ona nas nie unieszczęśliwia? jak długo człowiek może walczyć ze sobą, ze swoją naturą, żeby w końcu przegrać, bo wiadomo że przegra

        1. Aniu, błąd – wcale nie trzeba walczyć ze złem, które jest w nas! Taka walka do niczego nie prowadzi – nasze życie nie może się koncentrować wokół zła, które czynimy, lecz powinno wokół miłości! Zło należy oddawać Bogu – On będzie wiedział, co z nim zrobić; w centrum naszego życia musi być miłość!

          1. nie może być miłości kiedy jest zło. Wtedy ta miłość będzie… inna. Nastawiona na egoizm bądź jeszcze coś innego ale na pewno nie będzie dobra. A żeby miłość była MIłOŚCIĄ, musi być walka ze złem tkwiącym w człowieku.A jeśli nie można walczyć ze złem, nie może być mowy o miłości prawdziwej…

          2. Zło tu na ziemi będzie zawsze – bo my jesteśmy grzeszni, ciągniemy na sobie skutki grzechu pierworodnego. Ale z tego, że będzie zło, nie wynika wcale, że nie ma miłości. To jest znakomita sztuczka szatana wmówić komuś, by się koncentrował na swoich grzechach – ktoś taki nigdy nic dobrego w życiu nie uczyni, nie nauczy się kochać.. Jeszcze raz powtarzam, my mamy się koncentrować na miłości, a zło, które jest w nas, dostrzegać i powierzać Bogu. Nic więcej. Zwróć uwagę, że już sam pomysł, że możemy zwalczyć w sobie zło, jest przepełniony ludzką pychą – z takich pomysłów cieszy się tylko szatan.

        2. ’A’ – Ania – prawda? Aniu – nie zgadzam się z Tobą ani z Leszkiem (Gospodarzu wybacz:) ale nie mogę się zgodzić.Do Ani: pierwszy odruch myślę, że nie decyduje jakim jestem człowiekiem. On tylko mówi mi z jakim rodzajem wad, grzechów mam walczyć w moim życiu.Do Leszka i Ani: trzeba walczyć ze złem, ktore jest w nas. Ta walka nie jest udawaniem. To sens naszego życia. Wcale człowiek nie musi przegrywać. Jezus po to umarł byśmy zwyciężali. I ta walka nie unieszczęśliwia – przeciwnie -niesie pokój i szczęście:)

          1. Wydaje mi się, że optyka zdecydowanie się zmieniła – kiedyś więcej mówiło się o pracy nad sobą i to właśnie nade wszystko w kontekście swoich grzechów. W moim przekonaniu ta zmiana optyki bardzo dobrze nam zrobiła. Koncentrowanie się na grzechu grozi tym, że nic nie będziemy widzieli poza grzechem, przestaniemy cokolwiek dawać (a więc wychodzić do innych), a zaczniemy koncentrować się na sobie, uznamy wreszcie, że jesteśmy beznadziejni, że dla nas jest już tylko piekło, nie mamy na nic więcej szans. A tak, taki człowiek jak ja, cały czas próbuje jeszcze coś dawać i będzie próbować tak długo, póki będzie ktoś, kto będzie chciał coś brać.

          2. Myślę, że w ramach zmienionej optyki wpadliśmy w skrajność. Ja nie rozumiem dlaczego piszesz, że ..”wcale nie trzeba walczyć ze złem, które jest w nas”… Chociaż generalnie to domyślam się o co Ci chodzi jednak wydaje mi się, że takie sformułowanie może prowadzić do poważnego niezrozumienia obowiązku walki ze złem.Człowiek otrzymał do dyspozycji Eucharystię, sakramenty św. i powinien używać ich zgodnie z Wolą Bożą do walki ze złem, które jest w człowieku. Jest to możliwe wg. mnie tylko wtedy gdy skoncentrujemy się na Miłości Bożej ku nam.Muszę kończyć -przepraszam…:)

          3. No właśnie, właśnie – jak byśmy tak bardzo dokładnie rozwijać swoje myśli, to okazałoby się, że myślimy bardzo podobnie, a różnią nas jedynie hasła, od których wychodzimy.

    3. Ponieważ doskonale wiesz, ilu ludziom podpadłem, to oczywiście Twoje pytanie w odniesieniu do mnie jest jak najbardziej uzasadnione. Bo z jednej strony odpowiedź jest prosta (wręcz trywialna) – bo trzeba pomagać ludziom; może się zdarzyć, że jak ja/Ty nie pomogę/-żesz, to nikt nie pomoże. I gdy pomagam, nie zastanawiam się, co ja z tego będę miał, a jedynie czy potrafię pomóc? A bywa, że choć nie wiem, czy potrafię, to i tak pomagam (a nuż się uda?). Natomiast jest i druga strona – to, że tak często ranię (czy może bardziej – rozdrapuję rany), zamiast pomóc. I tu wychodzi moja nieudolność, moje nieokrzesanie, moje zdziczenie… Powoli się uczę, Może kiedyś się nauczę?

      1. Leszku -jestem pod wrażeniem Twojego „zdziczenia” :):):)Daj Boże każdemu takie *

      2. Wg mnie pomoc w zapomnieniu zawsze będzie miała swój początek w rozdrapaniu ran. I teraz trochę mojego chamstwa, mam nadzieje że sie nie obraziszczy aby napewno nie jesteś bezinteresowny? sam piszesz że chciałbyś niektórym z tutaj piszących zastąpić ojca…aa Oboje dobrze pamiętamy niedawną akcję…przerwa na reklamę;)http://ejsipi.blox.pl/html

        1. No rzeczywiście chwyt poniżej pasa, bo wiadomo, że nie mogę za bardzo odpowiadać (już i tak narozdrapywałem mnóstwo ran). Zwrócę jednak Twoją uwagę, że tamta znajomość rozwijała się w sposób całkowicie spontaniczny i nie posiadała jakichkolwiek „założeń”, planów, czy czegokolwiek takiego. Pamiętaj – dobro, jakie innym czynisz, wraca do Ciebie – i to jest normalne! Ale może być i tak, że nic do Ciebie nie wróci. To, co ewentualnie wróci, nie może być jednak motorem czyichkolwiek działań – bardzo wyraźnie wskazywałem na to w tej notce. Z TAKĄ SAMĄ NATURALNOŚCIĄ POWINNIŚMY PRZYJMOWAĆ DOBRO, KTÓRE WRÓCI, JAK I FAKT, ŻE NIC DO CIEBIE NIE WRÓCI. Jeśli wróci, to nie wolno się krygować „Ach, ja nie mogę tego przyjąć, mnie się to nie należy..” – właśnie takie zachowanie świadczy o wyrachowaniu (choć stwarza pozory czegoś odwrotnego). Przypomnij sobie zakończenie siódmego listu.

          1. Leszku – nie gniewaj się -ale myślę, że to nieprawda co piszesz. Dobro Zawsze Wraca -tylko nie takie jak sobie wyobrażamy, jakie może chcielibyśmy. Ono jest dopasowane do naszych duchowych potrzeb i pomaga wzrastaniu Miłości w nas.

          2. Mnie chodzi o takie proste rachunki – ja dałem tobie coś, więc mam prawo oczekiwać od ciebie rewanżu. Tak absolutnie nie jest. Dajemy komuś coś, bo chcemy dać i absolutnie nie mamy prawa oczekiwać czegokolwiek w zamian (i właśnie o tym pisałem 20 lat temu w „Listach..”). I tak od wielu, wielu lat postępuję – nie oczekuję od innych, że mi „oddadzą” to, co ja im dałem – to jest poza moim myśleniem (choć oczywiście jest mi smutno – w końcu ten niewysłany mail, od którego zaczęła się burza, wziął się z mojego smutku – ale z drugiej strony widać wyraźnie, że w tamtym tekście nie było ani żalu, ani goryczy, ani niczego takiego – jedynie sam smutek).

          3. Moherku!Piszesz:”Dobro Zawsze Wraca -tylko nie takie jak sobie wyobrażamy, jakie może chcielibyśmy. Ono jest dopasowane do naszych duchowych potrzeb i pomaga wzrastaniu Miłości w nas”…dziś -jak codzień ostatnio-starałam się choć o milimetr zbliżyć do ludzi. Gdy już stawali na mojej drodze staram się dać im coś dobrego.Małemu chłopcu który mało nie wpakował mi się pod koła, daję uśmiech-żeby wyrwać z niego strach jaki go ogarnął. Nielubianej ekspedience daję komplement (zastanawiałam się co ta pani ma w sobie pięknego, a potem wskazałam jej to)…Pani „zalśniła” i myślę, że na długo-co pewnie pociągneło za sobą kilka innych miłych akcentów..:)))Po co o tym piszę?Bo zwykle staram się postępować z innymi tak, jak chciałabym by postępowano w stos. do mnie.Niby nic nadzwyczajnego. Samo sprawianie radości innym -„wracało do mnie” -bo i mi było cieplej na sercu.Ale!…Zwykły dzień , zwykłe sprawy…i ktoś mnie dzisiaj okradł. Nie był to majatk-ale dlam mnie owszem.I na nic zdało się tłumaczenie sobie przez łzy, że może komuś się bardziej przydadzą pieniadze, które śmiało mogę nazwać zaskórniakami(tym boleśniejsza była ich strata) i za które miałam wykupić leki, bez których nie funkcjonuję jak należy.I tylko cisnęło mi się pytanie :czym sobie zasłużyłam?Glupie nie? Takie przyziemne…takie ludzkie:(((

          4. Inside – to nie jest głupie ani przyziemne. Człowiek musi mieć środki na leki -i często nie ma. Tak mi smutno, że to Cię spotkało.Napewno niczym sobie nie zasłużyłaś -jak piszesz. I muszę się przyznać do złości, która mnie ogarnia jak sobie pomyślę o złodzieju…Ale skoro stąło się..to może spróbuj przebaczyć i prosić o łaskę nawrócenia dla tego złodzieja. Może nie ma on nikogo kto by się za niego modlił i to jedyna dla niego szansa by ktoś prosił o Miłosierdzie Boże dla takiego biedaka. Gdy idę ulicą i widzę ludzi żebrzących to za wyjątkiem przypadków o których wiem, że zbierają na wódkę -staram się nie osądzać i pomóc jeśli w danej chwili mam czym się podzielić. A dużo to ja tego do podziału nie mam…:)Ale wierzę, że jeśli pomodlisz się za złodzieja to ta modlitwa wróci jako Twoje Własne Dobro czyli zdolność do przebaczania (albo coś innego -Bóg to wie najlepiej). I pomimo łez wróci spokój, ufność w Bożą opiekę i radość.Całuje Cię serdecznie – i też się za Ciebie pomodlę dziś wieczorem*

          5. Dziękuję Ci Moherku za te słowa. Do dziś myslałam o czynie, jakiego dopuscił się „jakiś tam ” człowiek. Dzięki Twoim słowom, ów złodziej nabrał kształtów i ludzkiego wyrazu. Faktycznie musi być smutny i nieszczęsliwy…a chwilowa radość jaką sprawił mu łup i satysfakcja , że mnie przechytrzył, rozpłynie sie dość szybko-bo wraz z ostatnim skradzionym groszem ( co pewnie nastapi szybko-cudze i łatwo zdobyte pięniądze wydaje się „lekką ręką”)A ja wyciągnę wnioski z tej lekcji, i pomodlę się za niego.Przyznam, ze nigdy nie prosiłam Pana Boga o łaskę dla ludzi, którzy mnie skrzywdzili…Dziwne….Pozdrawia j

        2. o nie było ani fajne ani mądre ani nawet na temat.Stanie się z pewnością Twoją wizytówką. Rzucasz mnóstwo pytań, na które nie chcesz słyszeć odpowiedzi.Zadawanie ciosów ma sens o ile nie wali się w ścianę , nieprawdaż? Bo można sobie niechcący poranić ręce.A nokauty nie świadcza dobrze o zawodniku.Wspólczuję Ci krótkowzroczności Aniu.

          1. Z tej ostatniej wypowiedzi Ani najważniejszy jest link – przyznaję, że ostatnich notek nie czytałem; wiedziałem, że na tym obozie stało się coś, co strasznie Anię poraniło, nie wiedziałem jednak co. Myślę, że teraz widzę przynajmniej wierzchołek tej góry (bo na pewno nie wiem wszystkiego). I to jest przykład takiego zrozumienia, które pomaga oddzielić czyn od osoby. Widzisz Aniu, mogę od Ciebie oberwać jeszcze więcej, ale z tego wcale nie wynika, że nadstawiam się po to, by zyskać w Tobie „córkę” – ja widzę Ciebie poranioną i nie mam jakichkolwiek planów. Dostrzega jedynie Twoje nieszczęście i to, jak ono Ciebie zżera. Pomyśl nad tym, jak mogłabyś wybaczyć?

  2. Z niecierpliwością czekałam na Twoją kolejną notkę Leszku.I o to jest a ja mam tak wiele do powiedzenia, ze nie wiem od czego zacząć. Temat jest mi bliski-aż do bólu..:/ Dziś też siedzę i liżę rany-ot ulubione moje zajęcie ostatnimi czasy. Czy naprawdę tak mnie zraniono w życiu, że nie potrafię wybaczyć? Otóż nie! Żraniono mnie wieki temu. Te rany zabliźniły by się z pewnością,gdybym pozwoliła im na to. Ale nie, spodobało mi się rozdrapywanie a potem lizanie(tak dla zmyły). ..I co? I żyłam sobie taka poraniona-inwalidka prawie-a wszyscy wokół bali się podejść bo prawda jest ,że BOIMY SIĘ TYCH ,KTÓRZY CIERPIĄ.. Ba, budzą w nas paniczny lęk ludzie którzy cierpią na własne życzenie i którzy znoszą to tak „dzielnie”…cóż za ironia.Oduczmy się cierpieć-to mój pierwszy apel.Tymczasem j

    1. Inside -ja też to znam. Ale jakoś chyba zaleczyło się a może uzdrowiło?Tylko, że ja przyznałam się sama przed sobą i przed Bogiem, że nie potrafię sobie poradzić i potrzebuję Jego pomocy. Wiesz -kiedyś -dawno temu – wyobraziłam sobie, że stoję przed Bożym Obliczem i kolejny raz „patrzę” na moje rany. Bo chciałam Mu je wszystkie odddać. I pojawiła się myśl, że Bóg ma już dość mojego patrzenia w rany. On chce bym patrzyła w Jego Miłość do mnie.No i tak patrzę, patrzę…jestem szczęśliwa -chociaż czasem jest „pod górkę”:):):)Serdecznie pozdrawiam*

      1. Moherku Drogi!..Zle patrzę albo w złym kierunku, może mam zamknięte „oczka”…albo po prostu-wstyd przyznać-bardziej jestem wpatrzona w siebie, swoje rany, cierpienie, które tak pielęgnuję. Wiem ,że bładzę, bo chodze po omacku. W poście do Izabeli piszesz:”Piszę to dlatego, że wielki ból i nieszczęście ułatwiają znalezienie Boga”a ja tak bardzo pragnę Go odnaleźć. Prawdą jest też, ze bardzo nie chcę byc raniona przez innych. Sama ta obawa powoduje, że unikam jak ognia bliskości innych, o czym pisałam kilka dni temu w odpowiedzi na 1 częśc „Poranionych”.Widzisz Moherku, tak bardzo boimy sie zranienia.A koszta….?….

        1. Inside – patrz Bogu w oczy i wołaj:pomocy!!!A koszta?…potraktuj to jako inwestycję:):):)

    2. Jak zwykle mnie zaskakujesz – okazuje się, że o tylu istotnych aspektach w ogóle nie pomyślałem. Zyskałem wspaniałą czytelniczkę. Dzięki!

      1. Lubię Tu zagladać:)Zawsze warto.Od niedawna ośmielam się odezwać.Czasem warto.Kłaniam się:)

  3. wiele z tego co piszesz znajduje swoje odzwierciedlenie, ale problem w tym, że czasem nie da się oddzielić czynu od oprawcy, albo daje się ale my nie mamy na to siły, bo to tak jakby usprawiedliwiać tą osobę, która nas zraniła.jednocześnie faktycznie dopóki się nie przebaczy to nie zniknie rana.koło się zamyka, ale nie ma z niego wyjścia.osobiście myślę, że tak w 100% nigdy się nie wybaczy, można tylko udawać przed samym sobą, ze tego nie było, ale zawsze pozostanie żal, ból i wściekłość, a przecież tego nie powinno być przy wybaczeniu.

    1. Jest tak jak piszesz Izabelo -człowiek jest bezsilny wobec zranienia -obojętnie czy sam sobie je zafundował czy dostał je od bliźniego. Ale przy pomocy Bożej potrafi ten problem rozwiązać.Piszę to dlatego, że wielki ból i nieszczęście ułatwiają znalezienie Boga.A także dlatego, że nieszczęścia trudno znieść bez Niego. A Ty wyraźnie „jesteś w drodze” -tak mi się wydaje:):):)Miłego wieczoru:)

    2. Nigdy nie można udawać, że nic nie było – takie kłamstwo zawsze się mści. I właśnie dlatego tak ważne jest oddzielenie czynu od osoby.

      1. mam wrażenie że takie oddzielenie jest prawie niemożliwe,tym bardziej jeśli osoba mimo wszystko stara usprawiedliwić swój czyn np. wypitym alkoholem; przeprasza a jednocześnie próbuje się wybronić i wybielić. to nie jest przeproszenie. żeby wybaczyć trzeba wiedzieć, że osoba która nas zraniła zdaje sobie sprawę z tego co zrobiła, bo jeśli ona sama próbuje się wybronić to nie zalezy jej na wybaczeniu.a co jeśli się wybaczy, a nienawidzi? czy to jest możliwe i jak to wpłynęłoby na nasze relacje z innymi ludźmi.mam wrażenie że mimo wszystko mam za mało wiary, bo gdyby była ona prawdziwa zrobiłabym tak jak pisze w piśmie: trzeba wybaczać,

        1. W tym, co napisałaś, jest kilka wątków. Zacznę może od najmniej ważnego – pamiętaj, że jeśli ktoś mówi, dlaczego postąpił tak, a nie inaczej, to wcale nie musi oznaczać, że nie ma w nim poczucia winy – on może próbować przekazać coś, co pozwoli Ci zrozumieć jego postępowanie. Nie usprawiedliwić, lecz zrozumieć. W zrozumieniu jest zawsze szansa na wybaczenie osobie, przy jednoczesnym potępieniu czynu. Przy czym zwróć uwagę, że to zrozumienie ma również inne znaczenie dla Ciebie – myślę, że inaczej się czujemy, jeśli wiemy, że ktoś z całą premedytacją nas zranił, a inaczej, gdy dostrzegamy, że to wynikało z głupoty, braku rozeznania, czy jeszcze czegoś innego, ale nie było działaniem świadomie wymierzonym w nas. I druga sprawa – jeśli ktoś nas przeprosi, jeśli widzimy jego skruchę, to łatwiej nam wybaczyć. Ale tylko tyle – ŁATWIEJ; natomiast w naszym interesie jest wybaczyć nawet wtedy, gdy tego przeproszenia nie było, żalu ani krztyny… I jeszcze jeden wątek – usprawiedliwienie wypitym alkoholem. Na takie „usprawiedliwienie” nie wolno nam się dać nabierać! Ale w wybaczeniu osobie (przy pozostawieniu potępienia czynu) może nam pomóc np. to, jak doszło do alkoholizmu, co to za lęki fałszywie rozładowywała ta osoba w sobie poprzez alkohol?

          1. takie usprawiedliwianie się alkoholem to „u mnie” (nie w moim wykonaniu) już norma. zawsze cokolwiek złego by się stało to wina alkoholu. uodporniłam się już na takie wymówki, choć nie raz szukałam przyczyny tego alkoholizmu. wiem, że znalazłam, przynajmniej częściową, ale jak mówi moja mama świata nie zbawię, więc nie mogę tylko tym usprawiedliwiać w tym przypadku ojca. w zasadzie to każdy z nas miał lub będzie miał jakieś przeżycia które skłonią go do sięgnięcia po butelkę, czy narkotyki, ale tylko od nas zależy wybór. moja mama też nie miała łatwego dzieciństwa, a jednak nie wybrała takiej drogi jak On. i chyba poniekąd dlatego również nie potrafię mu wybaczyć, bo skrzywdził najukochańszą dla mnie osobę; w zasadzie to nie wiem jak ona sobie radziła kiedy oboje z bratem byliśmy mali i nic z tego nie rozumieliśmy. musi minąć trochę czasu. i osobiście myślę, że szybciej zapomnę niż wybaczę. swoją drogą nie wiem czy da się wybaczyć tak w 100% zawsze zostanie żal, rozgoryczenie, złość i smutek.

  4. Chciałabym pomóc innym, ale nie potrafię….bo moje rany są zbyt rozległe…nie potrafię sama sobie z tym poradzić, więc nie mogę innym pomóc. Jestem do niczego…

    1. Nie gadaj głupot, że jesteś do niczego. Natomiast wydaje mi się, że najważniejsze dla Ciebie jest wybaczyć tym, którzy Ciebie poranili. A wierzę, że kiedyś i Ty będziesz pomagać innym – taką przecież masz naturę! Dobrze pamiętam, kto mi pomagał.

      1. Ja chyba Tobie nie pomogłam…Leszku ja wiem, że do niczego się nie nadaję, codziennie rodzina mnie uświadamia, więc coś musi w tym być.

        1. No jak to nie pomogłaś? Przecież niezależnie od niezależnie od różnych trudnych chwil, od różnych smutków, znowu nie jest ze mną źle. To też i Twoja zasługa..

    2. Nie mogę spokojnie czytać tego co pisze Nika! To Nieprawda, że jesteś do niczego! Zacznij od siebie i spróbuj uwierzyć,że jesteś Cudowną Wyjątkową Dziewczyną.Nie wierzysz mi – prawda? A przecież jesteś stworzona na „obraz i podobieństwo Boże”. Bóg zawarł w Tobie piękno właściwe tylko Twojej osobie. Twoje życie ma być takie by to piękno się odsłoniło i udzielało. Wiesz -jeśli człowiek chce być Naprawdę piękny to nie ma innego wyjścia jak żyć zgodnie z Wolą Bożą.Ja nie sugeruję, że Ty tego nie robisz. Myślę, że „rośniesz” -tak zwyczajnie po Bożemu..:) Tylko otoczenie nie ułatwia Ci tego wzrastania a Ty sama źle o sobie myślisz. Proszę więc uwierz w siebie. Niedawno przeczytałam, że człowiek jest Bożym arcydziełem. Tak -na codzień tego nie widać. Ale tak został człowiek stworzony, tak ubogacony…Niko – żyj tym pięknem , dobrem, które w Tobie jest. Serdecznie Cię pozdrawiam:)

      1. A tak wogóle -to moje ciasto znowu opada po upieczeniu(: Jestem do niczego jako kucharka. Ratuje mnie poczucie humoru (rozpaczliwe w tym przypadku(: Poradziłam rodzinie by jedli ten palcek z głową w piekarniku (włączonym!) bo wtedy onże placek nie dostaje zakalca.No -i ja też jestem do niczego! Ale nie podddaje się. Następnym razem upiekę coś co mi się udaje -a co!

        1. Rzadko bawię się w kuchrke. Ale ostatnio zamarzył mi się placek drożdzowy-wiecie taki pulchny, pachnący..a poniewaz w swoim niemal 30 letnim życiu nie upiekłam ani jednego prawdziwego ciacha(tak, wstyd straszliwy-ale nie miałam dla kogo,a dla siebie-ee takie ciacho na 1 osobę?? zabrakło więc imperatywu:)))-nie miałam doświadczenia.zakupiłam wszystkiego „razy dwa”. Tak, żeby był dwa razy pyszniejszy…jak nietrudno się domyślec-placek podwójnie mnie zakoczył.1.Był tak cięzki, że ledwo go wyciagnęłam z piekarnika był twardy jak kamień.Ale mój ci on był!!! MÓJ PIERWSZY PLACEK.Ech marna ze mnie kucharka:) ale pierwsze placki za płoty:) Kolejne podejście w ten weekend:) Może wypróbuje Moherkowy sposób z piekarnikiem? I zachowam proporcje:))Ewentualnie pogodzę się z tym, ze do pieczenia talentu Bóg mi nie dał..co oznacza, ze mam jakieś inne talenty:) Howk!j

          1. Inside – zapewniam Cię, że istnieją ciasta przeze mnie upieczone, które są jadalne:) Ale ciasto cynamonowe mi się opiera i nie mogę się nauczyć go piec. A Ty Słoneczko ćwicz pieczenie (i gotowanie przy okazji) coby Cię nie spotkał horror kulinarny: wyjdziesz za mąż za człowieka, którego mama jest świetną kucharką i wzorową gospodynią domową.Ja miałam szczęście -mój mąż jest b. wyrozumiały:):):)…i jadł to straszne ciasto a dziecko poszło w jego ślady:)Pozdrowienia * uśmiechnione:)

          2. Nie widzę powodów by Ci nie wierzyć Moherku!:))))…”wyjdziesz za mąż za człowieka, którego mama jest świetną kucharką i wzorową gospodynią domową”…to byłby horror nie tylko kulinarny:))) Rozbawiłaś mnie z tym mężem:)) a swoja drogą gratuluję wspaniałej Rodzinki:)Odwzajemniam:*Aha!!Howk ;oD

          3. Mąż to sprawa b. poważna. Jeśli będziesz się modlić o niego to Pan Bóg „przyśle” Ci tego kogo uzna za właściwe. Bóg dotrzymuje słowa. Czy nie powiedział „proście a otrzymacie” ?A poza tym – to też howk:):):)*

          4. Zdaję sobie z tego sprawę, niemniej muszę przygotować się na to, ze Bóg nie pozwoli innemu człowiekowi”zmarnować sobie przy mnie życia”…Wim że paskudnie to brzmi, jednak, dziś gdyby podszedł do mnie człowiek z sercem na dłoni-zrobiłabym w tył zwrot, by oszczędzić jemu i sobie przykrości. Pomijając, że wątpiłbym bardzo w jego szczere intencje….Proszę nieśmiało Boga o to, bym nie miała takiej potrzby, bym potrafiła godnie Żyć(przez duże Ż) sama. By odegnał ode mnie tęsknotę za bliskością innych i bym nauczyła się kochać siebie.

          5. To nie tylko fatalnie brzmi – to jest w ogóle fatalny pomysł i jak sądzę, świadczy tylko o głębokości Twoich ran. Drogi w życiu bywają bardzo różne, jak choćby moja z żoną, która kocha innego, a każda jest najlepszą z dróg – inaczej Bóg prowadziłby po innej drodze. Nic o Tobie nie wiem, nawet nie wiem, w jakim jesteś wieku – być może Bóg rzeczywiście ma dla ciebie drogę samotnej wędrówki przez życie. Jednak nawet jeśli jest tak, to ta droga jest drogą w Twojej nauce miłości. A więc nawet jeśli samotną, to nie tak do końca – bo jednak wśród ludzi i dla ludzi. Ale rzeczywiście musisz zacząc od tego, by pokochać siebie – „Będziesz miłował bliźniego swego, jak siebie samego” – nie sposób kochać kogoś, jeśli siebie się nie kocha – o tym też mówi to przykazanie!

          6. Zbeształeś mnie Leszku-choć przyznaję Ci rację. Nie zmienia to jednak faktu, że nie potrafię siebie pokochać. I nie ma w tym krztyny przesady. Bo choć wiem, że powinnam, że tak trzeba-zwyczajnie nie mam powodów by siebie kochać, a nie zmuszę nikogo do miłości :zwłaszcza siebie nie zmuszę do kochania siebie(takie masło maślane-ale chyba zrozumiesz o co mi chodzi).W ogóle nie potrafię zrozumieć gdzie tkwi mój błąd, przecież ludzie akceptują się i kochają-przez co potrafią też kochać innych. Dlaczego ja nie potrafię tego osiągnąć. Dlaczego jestem dla siebie tak surowa i nieustępliwa. Dlaczego sama sobie wymierzam kary?no i dlaczego stawiam sobie poprzeczkę tak wysoko, żebym „czasem” do niej nie dostała…..A co do mojego wieku: jak na swój wiek jestem stosunkowo młoda:)))pozdrawiam j

          7. Ponieważ nic o Tobie nie wiem, to jedynie mogę podejrzewać, że zostałaś wychowana do takiego „coś za coś”; podejrzewam, że byłaś odtrącana przez swoich rodziców, nade wszystko (lub nawet jedynie) przez swojego ojca – przez całe dzieciństwo starałaś się zasłużyć na ich/jego miłość. Nigdy nie czułaś się kochana za to, że po prostu jesteś. I to tyle (tylko proszę, nie mów, że Ciebie zbeształem, bo będę się bał do Ciebie odezwać; nie chcę nikogo ranić – jeśli tak to odebrałaś, to bardzo Ciebie przepraszam). A jak chcesz, to spod zdjęcia można do mnie napisać.

    3. DROGA NIKO! Ostatnie tygodnie spedziłam w szpitalu. Poznałam tam więcej ludzi niż w ciągu ostatnich kilku lat. Tyle Wspaniałych Duszyczek zmagajacych sie z problemami podobnymi do moich.I wiesz,najwiekszym odkryciem było dla mnie, że rozmowa z drugą osoba ma niemal lecznicze działanie. Zwłaszcza, że ten CZŁOWIEK jest tak BARDZO PODOBNY DO MNIE.Te rozmowy są cenne i przynoszą ulgę nie dlatego, ze mogę przed kimś wylać wiadro żalu,smutku,rozgoryczenia.O nie!!Otóż widzę w tej drugiej osobie siebie-niemal lustrzane odbicie!!I mówiąc do niego-mówię do siebie. Niosąc mu pomoc-pomagam sobie. Nie chodziło o to by dawać rady, udzielać odpowiedzi na trudne pytania, użalać się nad sobą, licytować kto ma gorzej,czy brać na własne barki czyjeś problemy…Odkryłam, że nawet gdy ktoś miał zupełnie odmienne życie od mojego, tak naprawdę pragnienia miał te same. Tak samo jak ja nie chciał cierpieć.Słuchałam i w moim sercu rósł podziw dla osób które dzielnie walczyły-nabierałam wiary w to, że i ja mogę mieć taką siłe.Historia każdego z nas jest inna.Słuchajac, z poczatku miałam watpliwości i obawy, że ten ktoś, kto opowiada mi o sobie, oczekuje, ze ulżę mu w cierpieniu,podam antidotum. A ja przecież nic nie miałam…nic do zaoferowania.I kiedy już każde z nas szło w swoja strona słyszałam: „dziękuję, tak bardzo mi pomogłaś”…????-Ja? Ja przecież nic nie zrobiłam.Ja nic nie znaczę, nic nie mogę nie potrafię…ja jestem nikim!-tak myślałam w pierwszej chwili.Niko ( zgaduję:Dominiko?)Tym, że JESTEŚ, ubogacasz drugiego człowieka.Gdyby nie Twoja obecność tutaj, nie wspomniałabym tych wspaniałych chwil sprzed kilku tygodni.A na ich wspomnienie -cieplej mi w secu bo, przywołujac te chwile-wyśłiznełam się rozpaczy jaka mnie ogarniała..i może zasnę dziś ze spokojem w sercu.Dziękuję Niko, dziękuję Ci :*j

    4. Niko !!!! z rozpędu przykleiłam słówko dla Ciebie na drugiej stronie. Sorki..przewiń dalej-znajdzięsz napewno:)))Pozdrawiam:j

  5. zaznaczam swoja obecność na Twoim blogu jednakże nie jest mi dane przeczytać ani pierwszej ani drugiej części bardzo ciekawej notki, mam nadzieję, że jutro na tyle będzie spokojnie w domu że uda mi sie przeczytac i się wypowiedzieć.Pozdrawiam :*

  6. Leszku ja dzisiaj tylko na sekundę , zapraszam do mnie na bloga tam pewna maleńka Zosia potrzebuje zapewnienia o modlitwie

  7. Dziękuję Wam kochani za dobre słowo…wiecie ciężko jest w to uwierzyć, słysząc codziennie przykre słowa, do tego mój stan ducha, nie pozwala uwierzyć, że jestem wartościowa, nie pozwala uwierzyć s siebie.Ciężko mi z tym, ale cieszę, się, że są tacy wspaniali ludzie jak WY.Pozdrawiam

    1. Niko – niczym się od nas nie rożnisz! Też jesteś Wspaniała – tylko jeszcze o tym nie wiesz. Człowiek to ma do siebie, że jest taki więcej wspaniały – no nie..?:):):)

    2. Nikocieszę się z Twojej obecności. I tak jak Ty jestem wdzięczna Szanownemu Gospodarzowi, za gościnę:)))Moherek napisał-a do mnie słowa, które teraz ja przekarzę Tobie:”spróbuj przebaczyć i prosić o łaskę nawrócenia dla … Może nie ma on nikogo kto by się za niego modlił i to jedyna dla niego szansa by ktoś prosił o Miłosierdzie Boże dla takiego biedaka”Te słowa ukazały mi inną stronę syt. w jakiej się znalazłam. A co Ty na to?Przeczytałam też co Leszek ma do powiedzenia na ten temat:0 i zobaczyłam, jak wiele stron życia jest jeszcze przeze mnie nieodkrytych:)))(tekst o przebaczeniu,do korego linka wkleił w powyższej notce)…a ja myślałam, ze tak wiele wiem o życiu:)))…Pozdrawiam j

Możliwość komentowania została wyłączona.